Co w podróżach jest

Najważniejsze?

Share on facebook
Share on pinterest
Share on twitter
Poznaj Martę i jej historię. Jakie wnioski niosą ze sobą lata przygód przeżywanych w podróżach po całym świecie? Jak zmieniło się jej podejście, z co pozostało niezmienne?

Inspiracje do podróży

Dawno, dawno temu, kiedy Internet w Polsce dopiero raczkował, a Youtube może już istniał, ale mi jeszcze nie był znany, trafiłam na ten film:

I chociaż było to jakieś pół życia temu, to te cztery minuty zapadły mi w pamięć. Matt – podróżnik, autor i bohater filmu, wymyślił prosty i nieporadny taniec, który powtarza w najróżniejszych zakątkach świata. Przez kilka minut jego ruchy są powtarzalne, zmienia się tylko tło i opalenizna tancerza. 

 

POwrót DO przeszłości

Jak zmienia się spojrzenie?.

Ostatnio znowu obejrzałam ten taniec. Co ciekawe, po tych kilkunastu latach zmieniły się moje pierwsze wrażenia. 

Wtedy przede wszystkim zastanawiałam się, jak bardzo trzeba być bogatym, żeby móc sobie pozwolić na tyle dalekich podróży. Dzisiaj już wiem, że pieniądze wcale nie są najważniejszym czynnikiem, żeby ruszyć w drogę – tak naprawdę, jeśli bardzo się chce, można nie mieć ani grosza (przekonałam się na własnej skórze!). To po pierwsze. 

Po drugie – dopiero teraz zwróciłam uwagę na ludzi, którzy dołączają do tańca. Każdy robi to inaczej, ale każdy czuje się swobodnie i po swojemu, a im więcej ich jest, tym lepiej. 

Co w podróży jest

najważniejsze?

No i właśnie. Długo po tym, jak po raz pierwszy zobaczyłam taniec Matta, sama spędziłam kilkanaście miesięcy w podróży. Chociaż po drodze zmieniało się wszystko – od klimatu, przez kulturę i podejście miejscowych do życia, po strefy czasowe – to wszędzie najważniejsze było jedno – LUDZIE. 

Widoki, świątynie, muzea, szlaki, zamki, wyspy i plaże oczywiście potrafią odebrać mowę. Ale one zawsze tam będą (no chyba że to łuk skalny na Malcie, katedra Notre Dame, a już niedługo pewnie Wielka Rafa Koralowa. Nigdy nie można mieć stuprocentowej pewności…). 

 

Co innego ludzie. Od jednych chce się ukradkiem uciec po piętnastu minutach rozmowy, inni po tym kwadransie są już jak starzy znajomi. Ale wszyscy mają swoją historię i stają się częścią twojej. 

Im więcej się podróżuje, tym bardziej staje się jasne, że człowiek jest zwierzęciem stadnym, a na dłuższą metę wszyscy na tym świecie różnimy się tylko powierzchownie. 

Chwila, w której nawiązuje się nić porozumienia z kimś z początku wydającym się zupełnie odmiennym pod każdym względem – Aborygenem, Eskimosem, chłopcem, który nigdy nie opuścił swojej indiańskiej wioski – to najbardziej magiczny moment w podróży. (Oczywiście nie tylko w podróży, ale generalnie łatwiej spotkać obcą osobę, kiedy wyjdzie się z domu). I często ma się wrażenie, że nie bez powodu trafia się na tego, na kogo się trafia.

Autostopowe przeznaczenie

Chyba nie chcesz, żeby zatrzymał się KTOKOLWIEK?

Na przykład te parę lat temu, kiedy przez kilka tygodni jeździłam autostopem przez Australię. Któregoś dnia spotkałam innego autostopowicza – Matta (też Matta!), który postanowił, że dołącza do mnie, bo w swojej autostopowej przygodzie i tak nie miał określonego celu. 

Australia to jedno z najlepszych miejsc na świecie do podróżowania autostopem – odległości między poszczególnymi miejscami są ogromne, ale wiedzie przez nie praktycznie jedna trasa (wzdłuż wybrzeża), a ludzie są przesympatyczni i za wszelką cenę chcą pomagać. 

Dlatego, gdy tego dnia staliśmy z wyciągniętymi kciukami przy drodze już ponad dwadzieścia minut, zaczęłam zastanawiać się, co jest nie tak. 

„Chyba nie chcesz, żeby zatrzymał się KTOKOLWIEK?” – zapytał śmiertelnie poważnie Matt. 

I rzeczywiście, dosłownie chwilę później ktoś zatrzymał się obok nas zupełnie tak, jakby wiedział, że czekamy na niego. 

„Co prawda nie dowiozę was tam gdzie chcecie, bo mój dom jest wcześniej, ale dziś i tak już nic nie złapiecie, bo zaraz będzie noc” – powiedział Gary, nasz kierowca. „Ale jak chcecie, możecie spać u mnie lub w namiocie w ogródku, a rano ruszycie dalej”. 

Matt miał rację. Gdyby zatrzymał się KTOKOLWIEK, nie spędzilibyśmy tego wieczoru przy ognisku nad rzeką, pod rozgwieżdżonym niebem, grając hipnotyzujące melodie na aborygeńskich bębnach, nie łowilibyśmy ryb oszczepem, nie zbieralibyśmy kryształów i nie smarowali się błotem z dna rzeki. 

Nie zobaczylibyśmy dzikich koni, nie ugotowalibyśmy z Garym kolacji i nie rozmawialibyśmy do późnej nocy. Nie trafilibyśmy tam z żadnym przewodnikiem. A wszystko dlatego, że znaleźliśmy się w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie.

Tak miało być

i nic nie jest losowe

Kiedy wraca się do takich historii po jakimś czasie, ma się wrażenie, że to wszystko tak miało być i nic w tych zdarzeniach nie było losowe. Nawet gdy w podróży gubimy portfel czy ucieka nam samolot. Mimo że tego akurat nikomu nie życzę, to dla mnie takie historie najczęściej okazywały się przepustką do nowych przygód i nowych przyjaźni. 

Tego nauczyłam się będąc daleko od domu, ale tak naprawdę to wszystko przekłada się na codzienne życie, w którym pracuje się od ósmej do szesnastej i nie rusza dalej niż poza miasto. 

Czy podróże zmieniają?

Kiedy wyjeżdżałam w swoją pierwszą długą i daleką podróż, usłyszałam od swojej przyjaciółki: „strasznie ci zazdroszczę, ale mam nadzieję, że się tam nie zmienisz”. 

Nie pomyślałam o tym, dopóki tego nie usłyszałam. 

Rzeczywiście, wzmożona ilość bodźców i tryb życia zmieniony o sto osiemdziesiąt stopni mogą wpłynąć na człowieka. A mimo wszystko chciałam po roku wrócić do swoich przyjaciół i czuć się tak, jakbym przez cały ten czas była z nimi. 

Dopiero niedawno Gosia, autorska wrocławskich plecaków (kolejna z tych osób, które poznałam przypadkiem, a jednak tak jakbyśmy już od dawna miały na siebie trafić) powiedziała mi bardzo mądrą rzecz: 

„Podróże nie sprawiają, że się zmieniasz. A wręcz stajesz się bardziej sobą. Te wszystkie miejsca, ludzie, historie, przeżycia, wzloty i upadki obdzierają cię z niepotrzebnej otoczki, i zostaje tylko prawdziwy trzon ciebie”. 

Gdybym miała to zilustrować, pokazałabym kilka fragmentów z filmiku Matta – raz jest w dżungli, a raz na pustyni, krajobraz się zmienia, ale taniec jest wciąż ten sam. 

 

Początek i Koniec

Albo jak mój plecak w mosty – raz noszę w nim papryczki z targu w Meksyku, a raz jadę z nim konno przez góry Kirgistanu. Ale to ciągle ten sam Most Milenijny. I gdziekolwiek jestem, mam swój kawałek Wrocławia na plecach. A to dla mnie kolejny z najważniejszych aspektów podróży – to, skąd wyruszam, i dokąd wracam.

Marta

Dodaj komentarz

Nie przegap kolejnych części!

Jeśli chcesz poinformujemy Cię o najnowszych częściach!
*/ /*