Jak zamieszkaliśmy

w Sanktuarium Słoni?

Share on facebook
Share on pinterest
Share on twitter
To niesamowite, kiedy podczas poszukiwań fontu do projektu, zastanawiasz się, czy twój klient…. posiada pismo?

Tłumaczenie: Wszystkie istoty ludzkie rodzą się wolne i równe pod względem godności i praw. Są obdarzeni rozumem i sumieniem i powinni działać wobec siebie w duchu braterstwa

(art. 1 Powszechnej deklaracji praw człowieka)

Jedna z rzeczy jakie kocham w projektowaniu, to research poprzedzający każdy projekt. Nagle odkrywasz całkiem nowe światy, historie i fakty, o których wcześniej nie miałeś pojęcia. Łączysz wątki i inspiracje jak detektyw, szukając wspólnego mianownika.

Kiedy jeszcze miejsce dla którego tworzysz okazuje się całkowicie wyjątkowe. Tworzą je ludzie kompletnie innego pokroju – ludzie gór, natury i ducha. Posiadają własny język, którym posługują się między sobą, lecz nie potrafią go zapisać. Pismem tym potrafi posługiwać się jedynie najstarsza część ludu, pamiętająca jeszcze czasy sprzed ucieczki z birmy.

Wiecie co dociera do ciebie? Jak mało jesteś świadomy świata w którym żyjesz. Jego odmienności i tego jak bardzo nadal różnimy się od siebie. Kiedy ty śledzisz najnowsze wieści na temat rozwoju sztucznej inteligencji i super szybkich tuneli, niektórzy nie oddzielają jeszcze sacrum od profanum, wierzą, że wszystko dookoła ma duszę, a zwierzęta traktują jak braci.


„The Earth is just a dead thing you can claim
But I know every rock and tree and creature
Has a life, has a spirit, has a name
You think the only people who are people
Are the people who look and think like you
But if you walk the footsteps of a stranger
You’ll learn things you never knew, you never knew”


Ale na drugim końcu barykady widzimy też ludzi zachodu, którzy niosąc ze sobą globalizacje i konsumpcjonizm, raz po raz zatracają te wartości


Początek drogi

W styczniu zeszłego roku wyruszyliśmy w wielką podróż w poszukiwaniu doświadczenia, inspirujących ludzi i miejsc, które tworzą. Z tego powodu od początku wiedziałam, że nie będzie to zwykła przeprawa – ogromną wagę przykładam do tego, aby wszystko co robimy, było częścią czegoś większego. 

Nie chcemy być tylko podróżnikami – obserwatorami. Chcemy działać! Nieść dobry ślad. Dzielić się, pomagać. Pozostawić po sobie coś więcej niż wspomnienia i pieniądze.

Tak rozpoczęła się nasza przygoda z ludem gór Karen

Poszukiwania miejsca - i prawdziwego problemu do rozwiązania

Pierwszym krajem na naszej drodze była Tajlandia. I choć znałam opowieści o niezbyt etycznej turystyce jaką można tam spotkać, chciałam sprawdzić jedną historię na własnej skórze – Słonie. A raczej ludy, które tymi stworzeniami się zajmują.

Jedną z moich największych pasji są zwierzęta i ich język. Od dzieciństwa możliwość porozumiewania się z innymi stworzeniami zawsze była dla mnie czymś cudownym. Wprowadzała do świata kawałek nieskażonej niczym radości i miłości. Choć sama komunikacja nie jest w żadnym stopniu magiczna, a jest jedynie oparta na solidnej wiedzy lub intuicji wynikającej z doświadczenia… to jednak to coś co wprawia nas w zachwyt! I mam tu na myśli czystą przyjacielską więź człowieka ze zwierzęciem i ich wzajemnej grze próśb i uprzejmości, konwersacji metodą prób i błędów.

Doskonale znałam opowieści jakie rozchodziły się w temacie słoni po internecie. O brutalnych praktykach „łamania” ducha młodym słoniątkom, aby były zdatne do pracy.

Jednak ze względu na to, że od dawnych lat jestem blisko z końmi i wiem, że naturalna komunikacja z tak wielkimi zwierzętami jest jak najbardziej możliwa. I takiej więzi chciałam szukać w ludach tajskich gór zajmujących się tymi niesamowitymi zwierzętami. 

Chcieliśmy być jak najbardziej ostrożni. Jednak narastało we mnie pytanie – Czy wszystkie słonie pracujące z człowiekiem, muszą być tak traktowane? 

Z wiarą w ludzi chciałam zweryfikować moje wątpliwości. Tak jak z końmi, na pewno jest jakaś inna droga dotarcia. Dobra komunikacja wymaga jedynie wiedzy, wyczucia i doświadczenia. 

Znając realia treningu zwierząt, chciałam zobaczyć jak sytuacja faktycznie wygląda naprawdę.

Rozpoczęliśmy Research

Aby zrozumieć prawdziwy problem, trzeba zagłębić się w jego genezę i historię całej sytuacji.

Nie zawsze słonie w Tajlandii służyły turystyce – to dla nich wręcz nowa rzecz, która jako mała śnieżka zaczęła toczyć się 30 lat temu.

Przez tysiące lat, słonie, tak jak nam konie, pomagały ludziom w Azji w codziennej pracy i transporcie. Początkowo, mimo że liczba słoni żyjących w niewoli systematycznie spadała, życie słoni i praca, którą wykonywały, pozostawały bardzo podobne do tych z dawnych czasów. 

Ale przyszedł przełomowy rok 1989. 

Ze względu na powodzie i obsuwanie lądu spowodowane wycinką lasów – które zabiły setki ludzi – rząd Tajlandii zakazał wyrębu w naturalnych lasach, wyrzucając wiele słoni z legalnej pracy praktycznie z dnia na dzień.

Na szczęście dla właścicieli słoni i mahutów (opiekunów słoni) – szybki napływ turystów przyniósł alternatywne zatrudnienie w turystycznych obozach. 

Turystyka przyniosła nie tylko rozwiązania, ale także problemy. Ceny słoni gwałtownie wzrosła. W 1980 r. Kupienie jednego pickupa wymagało pieniędzy ze sprzedaży dwóch przeciętnych słoni. W 2016 r. Sprzedaż jednego słonia zgromadziłaby wystarczającą ilość pieniędzy na zakup dwóch pickupów. 

Wraz z rosnącym zainteresowaniem, cena wręcz wystrzeliła w górę. Słoniątka zaczęły być bardzo drogie, kiedy niegdyś miały niewielką wartość. Podczas gdy byki (niegdyś zdecydowanie najdroższe) straciły na wartości, chyba że były bardzo bezpieczne lub bardzo piękne. 

 

Niewłaściwe ręce

Ten gwałtowny wzrost wartości wyparł wielu tradycyjnych właścicieli i zachęcił zewnętrznych przedsiębiorców do inwestowania w słonie i obozy dla słoni. Korporacje widząc duże pieniądze i dobrą inwestycję – zaczęły wykupywać ośrodki i słonie na rzecz turystyki. 

Spadła jakość opieki nad słoniami ze względu na brak wiedzy inwestorów – zatrudniani zaczęli być ludzie bez doświadczenia i wiedzy. Standardy opieki, które nowicjusze zapewniali swoim podopiecznym, były bardzo zróżnicowane. Niektórzy nowi właściciele wynajmowali lub wydzierżawiali słonie niezależnym mahutom, często z katastrofalnymi skutkami. 

Utrata tradycyjnych miejsc pracy spowodowała poważny spadek jakości mahutów. Niegdyś szkoleni latami przy swoich mistrzach – teraz bez wiedzy i doświadczenia dostawali zatrudnienie w tym bardzo delikatnym i wymagającym wiedzy zawodzie. 

Słonie zaczęły być przenoszone ze zdrowego środowiska wiejskiego do ciasnych dzielnic, gdzie łatwiej rozprzestrzeniały się choroby epidemiczne i musiały żyć w okropnych warunkach. Zapewnienie właściwego odżywiania było trudniejsze i droższe. Warunki w jakich zwierzęta i ludzie musieli pracować – całymi dniami, bez przerw na jedzenie – były i są do tej pory opłakane.

Do tego zamiast wykorzystywać już oswojone słonie, którymi opiekowały się od pokoleń ludy tajskich gór,  w pogoni za pieniądzem zaczęto na ogromną skalę wyłapywać dzikie słonie żyjące w dżungli (np. w Birmie) – i bez wiedzy i doświadczenia okrutnie je „łamać”.

Tym samym – lokalni właściciele słoni poprzez brak umiejętności zarządzania turystyką, tracili dochodowość i zdani byli na niewolniczą pracę dla korporacji. Lub oddawali swój dobytek, sprzedając swoje ziemie i słonie.

Prawdziwy problem

Problemem nie jest sam trening i kultura jazdy na słoniach. Praca może być stymulująca dla słoni, nie pozostawiając ich bez motywacji i zajęcia. Tworząc unikalne doświadczenia, w którym goście mogą uczyć się o słoniach podczas interakcji, zabawy, karmienia i kąpieli. Są to wszystkio stymulujące, ale mało stresujące działania dla słoni. 

Problemem jednak są pieniądze, niewłaściwe intencje i brak wiedzy. Zaczynają się tym zajmować ludzie którzy po prostu, nie maja kwalifikacji lub nie zależy im na dobrostanie zwierząt, a na pieniądzach. Nie mają do nich serca – to jedynie ich źródło dochodu.

Nie oszukujmy się, taka sama sytuacja jest wśród koni. Problem w tym, że my to robimy w białych rękawiczkach i skutecznie ukrywamy często okrutną prawdę. W wielu przypadkach ich cierpienie nie trwa tylko przez okres łamania – lecz ciągnie się latami, kiedy ujarzmiane wszystkimi możliwymi tzw. „patentami” trenują codziennie w terrorze,  skrępowane i zaciśnięte jak wędzona szynka. Spędzają życie w małych boksach i jedyny „swobodny” ruch zapewniany jest im przez chodzenie w kółko popychane metalową karuzelą. Nie brzmi to równie okrutnie? 

I w tym momencie nie krytykują jazdy konnej, bo sama uważam to za jedną z najpiękniejszych dyscyplin sportowych. Jeśli traktowana z sercem i pasją – może być niesamowitą nauką empatii i zrozumienia. Wyzwaniem dla nas jako dobrego lidera, partnera – i polem popisu dla naszej inteligencji i samokontroli. Nawet z punktu widzenia ich psychologii, zabierając je z ich naturalnego środowiska, z naturalnymi wyzwaniami – zostawiając w sztucznie skonstruowanym „zoo”, bez żadnych możliwości do używania swojego umysłu – skazujemy je na stagnację i depresję.

Brutalnych metod od lat nie praktykują ludy gór, które żyją z tymi zwierzętami jak z rodziną. Którym kiedyś słonie, tak jak nam konie – pomagały w pracy. Starożytna brutalna praktyka „Pha-jaan” była ceremonialna i od dziesiątek lat nie jest już praktykowana. W tych miejscach w słoniątka pozostają ze swoimi matkami dopóki nie zostaną odstawione od piersi, w wieku od trzech do czterech lat. Następnie są szkolone małymi krokami i pozostaną z matkami. Podobnie jak psy i konie, słonie są bardzo empatyczne i inteligentne. Mogą uczyć się poleceń poprzez pozytywne wzmocnienie, tak jak robią to szczenięta.

Problemem tak samo w tym przypadku jest fakt, że mało osób szkoli się z podstawowej wiedzy na temat psychologii treningu zwierząt zgodnego z ich naturalnym rozumieniem świata i sposobami uczenia się. To czasochłonne, skomplikowane, wymaga pasji, zrozumienia i cierpliwości. Taka wiedza była też przekazywana mozolnie i powoli przez pokolenia mahautów. Niestety często bogaci właściciele – nie mają na to po prostu czasu. Łatwiej kupić gotowe patenty, wynalazki, które skorygują „nieprawidłowości” podopiecznego, którego używamy tylko dla pieniędzy lub przyjemności. Niż marnować cenny czas na naukę.

Problemem w tym momencie nie jest sam trening słoni – a raczej brak wiedzy na ich temat. Rosnący popyt na takie doświadczenia tworzy pogoń za pieniądzem, niecierpliwość, flustrację, brak czasu. Brak wiedzy, brak chęci rozwoju. Potrzeba szybkich wyników, szybkich rezultatów.

Viralowe rozwiązanie

Możemy promować odwiedzanie tylko ośrodków gdzie nie jeździ się na słoniach i gdzie nie ma hooków, łańcuchów, etc. Które opisują siebie jako „etyczne”.

Wydaje nam się wtedy, że rozwiązujemy problem. Przez rezygnację z turystycznej jazdy na słoniach, zmniejszamy popyt na tego typu atrakcję, przez co przestaje być praktykowana. Teoretycznie mniej słoni zostaje okrutnie zamęczanych w niedoświadczonych rękach.

Niestety takie myślenie jest związane z masą mitów jakie narosły w tym temacie. To nie sama jazda i trening są problemem. To sposób w jaki są wykonywane.  1

Niestety zapominamy o tym, że podobne ośrodki zarządzane są nadal przez korporacje lub prywatnych ludzi którym zależy głównie na pieniądzach. Oni potrafią badać rynek. Widzą problem. Potrafią się dostosowywać, zrobić rebranding i ogłaszać się jako etyczne. Nadal jednak kontrolują rynek, zatrudniają niewłaściwych ludzi i mogą w inny sposób ranić te zwierzęta poprzez brak zapewnienia odpowiedniej opieki i diety.

Nie widzimy co dzieje się za kulisami – jazda na słoniu to tylko wierzchołek góry lodowej – samo obcowanie z tym zwierzęciem jako podopiecznym wymaga wiedzy i cierpliwego treningu. Aby zwierzęta te nie były agresywne i mogły być pod opieką człowieka – jakoś trzeba je tego nauczyć,  oswoić. I nie ma znaczenia czy uczymy je jazdy na grzbiecie, czy bycia po prostu bezpiecznym w kontakcie z człowiekiem.

Drastyczny trening wynika z większego problemu, jakim jest popyt na tego typu doświadczenia i brak wiedzy. Ze względu na rosnącą wartość słoni, są one stale wyłapywanie z dziczy.

Dzikie słonie bez wiedzy i doświadczenia są łamane, aby cokolwiek można było przy nich robić. To wyłapywanie ich z naturalnego im środowiska, jest dla ich gatunku największym zagrożeniem.  To niedoświadczone ręce, osób które chcą zarobić na nich tylko pieniądze są problemem.

A więc, gdyby całkowicie to zboycotować?

Jeśli więc ludzie zdecydują się zbojkotować obozy dla słoni, ignorują większy problem. Bojkotowanie obozów słoni i dobre samopoczucie nie daje pociechy ani pomocy ogromnej większości słoni w mniej niż idealnych obozach. 

Kolejnym zwrotem jest to, że ponieważ turystyka jest w zasadzie jedyną legalną formą pracy dla słoni w Tajlandii – gdzie ponad 95% słoni jest własnością prywatną – tylko turystyka może zapewnić pieniądze, za które właściciele mogą dbać o swoje zwierzęta. Oczywiście problemy, przed którymi stoją tajskie słonie, ich właściciele i opiekunowie – a także przemyślani turyści rozważający wizyty – są niezwykle złożone. Skakanie do snapów („Wszystkie obozy słoni są okrutne i złe!”) Jest uproszczone i nie robi nic dobrego słoni.

Jedną z przyczyn tak drastycznego spadku populacji słoni w ciągu ostatnich 20 lat jest to, że słonie i mahouci nie mogą już zarabiać na życie. Mahoutów nie było stać na opiekę i karmienie podopiecznych, co spowodowało żebranie uliczne i wysyp nielegalnych, uzależnionych od amfetaminy słoni. Nie chcemy się z powrotem iść w tym kierunku. 

Dzięki etycznej turystyce słoniowej właściciele mogą zapewnić domowi i stabilny dochód zarówno dla słoni, jak i dla Mahoutów. Brak ziemi, konflikt między człowiekiem a słoniem i kłusownictwo sprawiają, że słonie są bardzo zagrożone.  Nawet słonie w ośrodkach ochrony przyrody i sanktuariach nie są całkowicie wolne. 

Przez industrializacje i agrokulturę, straciły one już wszystkie swoje naturalne ziemie, więc nie ma mowy o wypuszczeniu ich na wolność. Przy tych wszystkich problemach ważne jest stworzenie najbardziej humanitarnego środowiska, w którym żyjące w niewoli słonie będą mogły żyć i być chronione.

 

Rozwiązanie - pomoc lokalnym ludom

I tutaj wyłania się prawdziwy problem. Aby oddać tą pracę we właściwe ręce i nie dopuszczać do stałego wyłapywania dzikich słoni, trzeba zwracać uwagę nie na to co mówią slogany reklamowe, a realne intencje. Skąd są słonie? Czy ośrodek pomaga lokalnej ludności, która wie jak zajmować się tymi zwierzętami z sercem i wiedzą? Czy mieszka z tymi zwierzętami od pokoleń lub je ratuje, więc nie musi ich już wyłapywać? Jaki jest cel ośrodka? Trzeba zadać pytanie WHY. Dlaczego ośrodek istnieje, jaka jest jego lokalna misja? 2

Nie dajmy się skusić jedynie emocjonalnymi historiami. Sprawdźmy fakty i mity.

3

To są pytania na które powinniśmy szukać  odpowiedzi, aby odnaleźć prawdziwie etyczne miejsca. Pamiętajmy, że nie tylko nieetycznie mogą być traktowanie zwierzęta, ale i ludzie. Jeśli nie upewnimy się na co idą zarobione przez ośrodek pieniądze – możemy też przyczyniać się do tragicznej sytuacji lokalnej ludności.

Idealnym rozwiązaniem jest wsparcie lokalnych ośrodków prowadzonych przez tamtejszą ludność – nie duże korporacje. Pomoc im w od uniezależnieniu się od pośredników i zdobywaniu wystarczających pieniędzy, aby stworzyć słoniom dobre warunki do życia i wartościową dietę. Uczenie ich zarządzania biznesem, klientami, gościnnością. Pomaganie im we wzroście, aby ludzie z sercem i cierpliwością, która przekazywana była im przez pokolenia – mogli zajmować się tym co robili od wieków. Oni na prawdę kochają te zwierzęta i chcą dla nich najlepiej – jeśli chcemy zmieniać sytuację słoni – musimy pomóc tez im.

Mając na myśli korporacje – mam na myśli dużych biznesowych właścicieli, którzy zajmują się tą sprawą wyłącznie dla pieniędzy. Zwracam na to uwagę, ponieważ oprócz małych lokalnych ośrodków są też organizacje, które pomagają w tej sprawie i robią cudowną robotę, edukując i angażując lokalną ludność w wysokiej jakości usługi związane z turystyką. Wyrywając ich z biedy i niewolnictwa. Tym samym oddając słonie w kochające i opiekuńcze ręce.

W taki sposób też chcieliśmy dołożyć naszą cegiełkę do budowania lepszej przyszłości.

Miejsce do którego chcieliśmy dotrzeć, było jednym z niewielu, które od pokoleń nadal prywatnie prowadzi rodzina. Przez pewien czas również dzierżawiła swoje słonie, lecz dzięki łatwo dostępnym technologiom, sama postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i prowadzić swój biznes.  

Małe sanktuarium, ukryte pomiędzy wielkimi gigantami. 

W kontekście nieetycznej turystyki starające się być innym: poprzez nadanie priorytetu transformacji społecznej nad zyskiem wierzące, że może zmienić swoje środowisko, społeczność i całe życie na lepsze.

Zauroczona opowieścią o rodzinie i niesieniu wkładu w lokalną ludność.. wiedziałam, że to tam skierujemy naszą drogę. 

Wiedzieliśmy, że  chcemy dowiedzieć się czegoś więcej i chcemy prawdziwie wnieść jakąś wartość w to miejsce. Pomóc i dać coś od siebie. Wiedząc co możemy zaoferować, rozpoczęłam podchody.

To z pewnością historia zmieniająca odrobinę spojrzenie na świat. I mimo, że nie brakuje jej zwrotów akcji – pokazuje, że warto inwestować w nasze najbardziej odważne i szalone pomysły! O ile są z głębi naszego serca 🙂

To już niebawem!

Nie przegap kolejnych części!

Jeśli chcesz poinformujemy Cię o najnowszych częściach!

Dodaj komentarz