Opublikowano:

Japonia z plecakiem

Ludzie

Japonia z plecakiem

I choć nie musiałam wbiegać po tysiącu stopni do świątyni na szczycie góry, czy balansować nad rzeką z bambusową tyczką, to poznawanie sekretów japońskiej walki na bagnety i tak uważam za coś, o czym nie śniłabym nawet w tych najbardziej zwariowanych snach. 

Jukendoit!

Jakie historie mogą Was spotkać, kiedy zdecydujecie się na podróż na kraniec świata, aby pogłębiać wiedzę o tajnikach swojej pasji? Przeczytajcie historię o podróży z naszym plecakiem w poszukiwaniu nowych mistrzów!

Na imię mam Klara i jestem człowiekiem, który aktualnie poszukuję pomysłu na siebie (i na swój doktorat), bo chwyciłam życie za rogi i wbrew rozumowi zdecydowałam się wyjechać na trzy miesiące na drugi koniec świata, a nie rzucać się w wir normalności. Oprócz tego, zajmuję się wszystkim, o czym warto będzie porozmawiać za kilkanaście – kilkadziesiąt lat siedząc przy piwie. Czyli próbuję wielu rzeczy, eksperymentuję, chwytam chwilę…

W poszukiwaniu mistrzów

Moja ostatnia podróż zabrała mnie naprawdę daleko i na długo – spędziłam (choć w momencie, kiedy to piszę, mam przed sobą ostatnie dwa tygodnie tutaj) trzy miesiące w Japonii. Miejscu, o którym nawet nie marzyłam i nie dlatego, że wykraczało to poza moje możliwości, ale wcześniej ten kierunek mnie nie interesował. Gdybym mogła wybrać, pewnie zaniosłoby mnie w dzikie ostępy Estonii czy Słowenii, ale przypadkiem znalazłam się na drugim końcu świata. W samym centrum jednego z największych miast kwitnącej wiśni.

Co jeszcze ciekawsze, jest tylko jeden powód, dla którego zdecydowałam się na taki, dość radykalny, krok – i nie są to ani japońskie przysmaki, ani znane i popularne anime, ani nawet zakątki największych miast. Są nim sztuki walki, w szczególności te wyjątkowo niszowe nawet w kraju pochodzenia: jukendo i tankendo. Na mojej drodze spotkałam niesamowite osoby, których celem jest propagowanie właśnie tych dwóch sztuk, stąd moja niezwykła szansa, by przyjechać właśnie tutaj i uczyć się od prawdziwego mistrza. Tak trochę w stylu starych szlagierów jak Karate Kid:)

Samo w sobie jest to niezwykłą przygodą, okazją jedną na kilka milionów. I choć nie musiałam wbiegać po tysiącu stopni do świątyni na szczycie góry, czy balansować nad rzeką z bambusową tyczką, to poznawanie sekretów japońskiej walki na bagnety i tak uważam za coś, o czym nie śniłabym nawet w tych najbardziej zwariowanych snach.

Dzięki temu miałam okazję poznać wiele osób, które normalnie nie zamieniłyby ze mną słowa, głównie ze względu na barierę językowo-kulturową. Na przykład starsze panie, których część z pewnością jest już babciami, posługujące się całym wachlarzem broni (od sztyletów po halabardy) w sposób pełen gracji, ale też poniekąd groźny. Spędzanie czasu w ten, jakże daleki od typowo turystycznego, sposób, otwiera wiele drzwi – przez trzy miesiące żyje się w lokalnym rytmie, różniącym się całkowicie od tego, co znałam dotychczas.

Ściażkami Japonii

Jeśli chodzi o same przygody, to cały wyjazd jest jedną wielką przygodą, którą ciężko streścić. Jednak podczas kilku wypraw do bardziej znanych zakątków Japonii, miałam to szczęście, że zawsze udało mi się trafić na samotną, pustą ścieżkę, zazwyczaj wiodącą przez niezwykle klimatyczne i po prostu przepiękne miejsca. Jak kamieniste i strome szlaki gór Inari i Kinka, gdzie normalnie ciężko przejść kilka kroków nie wpadając na innych zwiedzających.

Japonia to też kraj absurdalnych wręcz kontrastów, jedyne miejsce, gdzie można spróbować świeżo złowionego siedemdziesięcio kilowego tuńczyka, uciekać przed setką nachalnych danieli, a następnie zagubić się na ogromnym skrzyżowaniu, czy ogłuchnąć w lokalu z pachinko.

Arashiyama. #Arashiyama #Japan #Kyoto #kimono #Japanese #fashion #Asia

Post udostępniony przez Klara Iwaszko (@jukendoit)

Czym są dla mnie podróże?

Może to okazać się zaskakujące, ale nie jestem obieżyświatem – podróżuję głównie lokalnie, uwielbiam zwiedzać dzikie i piękne zakątki mojego regionu. Miejsca, w których raczej nie spotyka się nie tyle turystów, a kogokolwiek. Podróże ostatnio znajdują mnie same, w tym moja podróż życia, w której dzielnie towarzyszył mi Wrocławski plecak. Podczas wojaży odczuwam silną potrzebę znalezienia się tam, gdzie mogę poczuć prawdziwą naturę danego miejsca, kontakt z przyrodą, nieskalaną obecnością człowieka. Choć zabytki niezaprzeczalnie robią na mnie wrażenie, to jednak wolę zamglone szczyty gór czy leśne ostępy niż betonowe dżungle, choćby nie wiem jak słynne.

Najpiękniejsze w podróży jest...

Najbardziej kocham w nich ten moment, w którym zatrzymuję się, rozglądam dookoła i mam ochotę rzucić dobrym staropolskim „o, k..wa”, bo widok aż zapiera dech w piersi i choćbym władała najzręczniejszym językiem, to i tak byłby on niczym w starciu z pięknem natury 🙂 

Niektórzy gonią za atrakcjami i miejscami, w których trzeba się znaleźć, a ja mam potrzebę kontaktu z nieskalaną przyrodą. Wtedy dopiero czuję, jakim pyłem na wietrze jest człowiek, jak bardzo złączony jest z otaczającym go światem i jak cenne jest miejsce, w którym przyszło nam żyć. W podróży nie potrzebuję wiele, moje all inclusive to przestrzeń, cisza, szum wiatru. 

Jednak nie zawsze to my wybieramy podróże, póki co to one znajdują mnie – i uczą pokory, zrozumienia, otwartego umysłu – ale i tego, że rezygnowanie z szalonych pomysłów to największy błąd, jaki można popełnić.

Plecak Grunwaldzki w Japonii

Plecak dołączył do mnie jako ostatni członek wyprawy – przyjechał pociągiem prosto z Wrocławia przez cały kraj, aż do Białegostoku późnym popołudniem przed wyjazdem. Grunwaldzki, bo ten właśnie most mi towarzyszył – mój ukochany most wrocławski w mieście, z którego pochodzę. Miał za zadanie pełnić rolę codziennego towarzysza podróży małych i dużych 😉 

Idealnie sprawdził się jako bagaż podręczny w samolocie – doskonale zmieściła się w nim cała elektronika, łącznie z laptopem, a także wszystkie rzeczy, które dobrze jest mieć przy sobie. Przez cały pozostały czas towarzyszył mi przy codziennych treningach, został więc jednym z niewielu na świecie plecaków, w których noszone były najróżniejsze przedmioty, od kodachi, krótkiej broń używanej w tankendo i kendo, aż po naszą lokalną żubrówkę, w formie omiyage. 

Do tego ma wiele przydatnych kieszonek, najmniejsza boczna świetnie sprawdziła się jako skrytka na kartę miejską, a w środkowych bezpiecznie można schować dokumenty czy pieniądze. Do tego dzięki górze, którą można zrolować, ma bardzo elastyczne wymiary, a prostokątny kształt wygląda zadziornie. Z pewnością przyciąga uwagę, a wiele osób jest zaciekawionych jego historią. Muszę przyznać, że jestem dumna, mając coś niezwykłego, polskiego i związanego właśnie z Wrocławiem – a przy tym praktycznego i po prostu ładnego.

Towarzyszył mi zarówno podczas wypraw w bardzo turystyczne miejsca, jak Kyoto czy Tokyo, treningów w mniejszych miastach, jak Gifu czy Itami, a także podczas wycieczek do marketu spożywczego Max Valu (pisownia oryginalna). 

Przeżył i tajfuny i upały, ogromne zawody sztuk walki w Nippon Budokan, przejażdżki rowerem po zatłoczonych ulicach Nagoi i wygodne wojaże shinkansenem, superszybkim pociągiem. 

Podjęta w niemalże ostatnim momencie decyzja okazała się zbawienną, bo jeszcze nie było dnia, żeby nie ruszył ze mną na azjatyckie ulice.

Od Narny

To pierwsza z serii niesamowitych opowieści, jakimi chcemy inspirować Was do wzięcia plecaka w świat i szukania siebie, własnych marzeń i celów 🙂 

Ponoć  podróże kształcą, lecz dla nas ważniejsze jest to co sami chcemy z nich wynieść. Znaleźć odpowiedź na życiowy dylemat, nabrać odwagi, czy poznać swoich nowych mistrzów? Poznać siebie, swoje możliwości, a może innych ludzi i ich odmienne spojrzenie? 

Są miliony rzeczy, o które możemy prosić świat. Wystarczy wyruszyć. 

A najbardziej niesamowity jest moment, w którym zauważamy, że to wszystko zaczyna się spełniać.

Z ogromnymi podziękowaniami dla dla Klary Iwaszko – Jukendoit!

Dla ciekawych większej ilości historii Klary z podróży do Japonii zapraszamy na https://jukendo.world/pl/author/jukendoit/

Współpraca

Kontakt

contact@narny.world

tel. 885200395